poniedziałek, 23 lutego 2015

Rozdział 7

Rozpoznawałem już zapachy Zacka i Williama. W obu było coś podobnego, być może mieszkali razem? Zack pachniał trochę paliwem, smarem, papierosami i domieszką, absurdalnie pasujących do reszty, drogich perfum. Dziwne zestawienie. Zapach Williama omamiał mój mózg i przyciągał do siebie. Było w nim trochę cytrusa, dymu tytoniowego (który miałem nadzieję, pochodził od Zacka), herbaty i po prostu męskiej woni. Pachniał naprawdę niepokojąco dobrze. Zaciągnąłem się po raz ostatni, czując trochę głupio. Ale kto, by nie skorzystał z możliwości upojenia się tym zapachem? Czułem, że moje policzki zrobiły się gorące, więc spuściłem niezręcznie głowę w dół. Dotarła do mnie niepohamowana chęć wgryzienia się w niego. Nie chodziło tu już tylko o krew Williama (chociaż na pewno sprawiłaby, że ogłupiałbym do reszty), teraz to była potrzeba złączenia się z nim. Nie złączenia w sensie... Em. Ale to też byłoby... Uh. Jeśli chcę do niego podejść, nie mogę być cały czerwony- miałem wrażenie, że już jestem. Erekcja w spodniach, prawdopodobnie, też nie jest wskazana.
Kiedy tak siedziałem tyłem do nich, już mając zamiar wstać i się przywitać, oni pojawili się przy ławce, na której siedziałem. Zaskoczony drgnąłem lekko. Powinienem być bardziej uważny.
-Hej.- wyszczerzyłem się trochę za bardzo.
-Cześć, Alexander.- uśmiechnął się delikatnie William, aa ja skupiłem całą swoją uwagę na nim.
-Co za zbieg okoliczności, że znowu się widzimy.- zaśmiał się nisko Zack, ale nie zwracałem na niego uwagi. Przestudiowałem właśnie piękne, niebieskoszare tęczówki Willa. Will. Mogę tak go nazywać? Nie jesteśmy, przecież znajomymi czy coś. Dobrym pomysłem będzie nazywanie go tak tylko w mojej głowie...
-Will mówił, że chciałby z tobą porozmawiać, więc zostawię was samych.- usłyszałem głos Zacka.
-Naprawdę?- rzuciłem bez zastanowienia.
-Um... Tak.- uśmiechnął się sztucznie Will.
Zanim zdążyłem wstać, Zack już oddalał się w bliżej nieokreślonym kierunku. To była moja chwila, tak? To jest ten moment, w którym wszystko staje się jasne, w którym powinienem dowiedzieć się, czy mam jakiekolwiek szanse.
-Więc o czym chciałeś porozmawiać?- zapytałem, zachęcając go lekkim uśmiechem.
-Ja...- zaczął niepewnie.- Chciałem zaprosić cię gdzieś.- powiedział, spuszczając głowę.
-W porządku.- rzuciłem cicho.
-Serio?- spojrzał na mnie z nadzieją. Nawet nie wiesz jak serio. Nic w moim życiu dotąd nie było tak serio, jak to jest. A twoje uda w tych spodniach są... Szybko uniosłem oczy, gdy zauważyłem, że gapię się na jego krocze.
-Tak, tak! Jasne!
-Ale widzę, że chyba wolałbyś od razu przejść do rzeczy.- zanim dokończył to zdanie, moje policzki i szyja płonęły żywym ogniem.
-Ja... um... To znaczy...- mamrotałem, czując się jak małe, bezbronne dziecko. A przecież nie było dotąd człowieka, który by mi się oparł.- W zasadzie to nie byłoby takie złe.- udało mi się powiedzieć.
William spojrzał na mnie podejrzliwie, skanując moją twarz.
-Czyżby?- rzucił ze zmrużonymi oczami. Pokiwałem twierdząco ze spokojem.
Był już mój.

~~~~~~~~~~~~~~~

Plan był prosty. Zyskać zaufanie, spotkać się kilka razy, a potem podejść cel i szybko zlikwidować. Ale Zack nie przewidział, że nasz "Alex" tak szybko zabierze się za moje spodnie.
Alexander zdecydował, że pojedziemy do niego. Miałem okazję przejechać się nawet jego czerwonym Astonem Martinem, ale mojego cudeńka i tak nic nie przebije.
Weszliśmy do holu hotelu, w którym mieszkał. Nie wiedziałem, że dzikie z zwierzęta mają tutaj wstęp...
Obaj skierowaliśmy się w stronę schodów, omijając windy, on zapewne niechcąc skończyć tego tak szybko, a ja utknąć w metalowej klatce z kimś jego pokroju.
Zupełnie nie zmęczyły nas trzy rzędy schodów. Hazard otworzył zwinnie drzwi i przepuścił mnie w progu. Wolałem nie nazywać go teraz po imieniu, skoro za jakąś godzinę miał już nie żyć. Byłem chyba zbyt ludzki do tej pracy, ale to nie zależało ode mnie. W końcu jestem prawnukiem pierwszego Łowcy, nie mogę od tak złamać tradycji!
Zatrzasnął za sobą drzwi i zrzucił swój płaszcz. Zrobiłem to samo ze swoją kurtką, aa on przylgnął do mnie całym ciałem. Poczułem zimny metal, wciskający się w mój brzuch, więc pchnąłem go w stronę wielkiego łóżka, oddając każdy pocałunek.
Kiedy już leżał płasko pode mną, szarpnąłem jego włosy, tak że odchylił głowę w tył, jęcząc głośno. Wtedy drugą ręką sięgnąłem pod T-shirt i wyjąłem zza spodni Colta. Nachyliłem się nad nim, nie puszczając włosów, znacząc bladą szyję mokrymi śladami. Wepchnąłem pistolet za poduszkę, dostrzegając, że zamknął oczy.
Zacząłem rozpinać jego koszulę, puszczając włosy i siadając na kroczu bruneta. Poruszyłem kilka razy biodrami, aż zrobił się twardy.
-Pewnie nie możesz się doczekać mojego kutasa...- szepnąłem mu do ucha, uśmiechając się szelmowsko.
-C-co?- jęknął zdziwiony, nie tego się spodziewałem.
-Coś nie tak?- spojrzałem na jego twarz.
-Nie będę na dole.- pokręcił głową.
-Będziesz.- parsknąłem.
-Nie.
-Tak.
-Nie!- warknął.
-A chcesz się przekonać?- przygwoździłem jego ramiona do materaca i rozsunąłem stopą nogi. Nie pamiętam, żebym zdejmował buty... Wślizgnąłem się między jego uda i przycisnąłem do niego swojego kutasa.- Nie mów, że go nie chcesz.- rzuciłem lekko, wpatrując się w szmaragdowe tęczówki.
Przełknął ciężko ślinę i spojrzał w dół. Oh, nasz wielki, zły wilk jest niepewny!
-Alex?- rzuciłem lekko, trącając nosem jego żuchwę.
-W porządku.- westchnął prawie niedosłyszalnie.
-Zrozumiem, jeśli nie...- zacząłem się podnosić.
-Nie, nie!- oplótł mnie swoimi długimi nogami w biodrach.
-"Nie" w sensie, że mam sobie iść, czy zostać i cię pieprzyć?- zapytałem, a on jęknął potrzebująco. Uśmiechnąłem się, nie potrzebując jego słownej zgody, ta mi wystarczała.
Dobrałem się do jego rozporka i szybko z nim uporałem, zdzierając ciemne jeansy z tych cholernie długich nóg. Miałem wrażenie, że je ogolił, ale nie zaprzątałem sobie tym głowy.
Alexander zdecydował się pozbawić mnie koszulki, psując moje starannie ułożone włosy. Kiedy podparł się na łokciach, by odpiąć zamek moich spodni, pchnąłem go do tyłu i pocałowałem mocno. Sam zsunąłem te glupiociasne jeansy. Przerwałem pocałunek, po czym puściłem mu oczko.
-Twój tyłek tego nie przetrwa, Haz.





1 komentarz: