Strony
poniedziałek, 23 lutego 2015
Rozdział 7
Kiedy tak siedziałem tyłem do nich, już mając zamiar wstać i się przywitać, oni pojawili się przy ławce, na której siedziałem. Zaskoczony drgnąłem lekko. Powinienem być bardziej uważny.
-Hej.- wyszczerzyłem się trochę za bardzo.
-Cześć, Alexander.- uśmiechnął się delikatnie William, aa ja skupiłem całą swoją uwagę na nim.
-Co za zbieg okoliczności, że znowu się widzimy.- zaśmiał się nisko Zack, ale nie zwracałem na niego uwagi. Przestudiowałem właśnie piękne, niebieskoszare tęczówki Willa. Will. Mogę tak go nazywać? Nie jesteśmy, przecież znajomymi czy coś. Dobrym pomysłem będzie nazywanie go tak tylko w mojej głowie...
-Will mówił, że chciałby z tobą porozmawiać, więc zostawię was samych.- usłyszałem głos Zacka.
-Naprawdę?- rzuciłem bez zastanowienia.
-Um... Tak.- uśmiechnął się sztucznie Will.
Zanim zdążyłem wstać, Zack już oddalał się w bliżej nieokreślonym kierunku. To była moja chwila, tak? To jest ten moment, w którym wszystko staje się jasne, w którym powinienem dowiedzieć się, czy mam jakiekolwiek szanse.
-Więc o czym chciałeś porozmawiać?- zapytałem, zachęcając go lekkim uśmiechem.
-Ja...- zaczął niepewnie.- Chciałem zaprosić cię gdzieś.- powiedział, spuszczając głowę.
-W porządku.- rzuciłem cicho.
-Serio?- spojrzał na mnie z nadzieją. Nawet nie wiesz jak serio. Nic w moim życiu dotąd nie było tak serio, jak to jest. A twoje uda w tych spodniach są... Szybko uniosłem oczy, gdy zauważyłem, że gapię się na jego krocze.
-Tak, tak! Jasne!
-Ale widzę, że chyba wolałbyś od razu przejść do rzeczy.- zanim dokończył to zdanie, moje policzki i szyja płonęły żywym ogniem.
-Ja... um... To znaczy...- mamrotałem, czując się jak małe, bezbronne dziecko. A przecież nie było dotąd człowieka, który by mi się oparł.- W zasadzie to nie byłoby takie złe.- udało mi się powiedzieć.
William spojrzał na mnie podejrzliwie, skanując moją twarz.
-Czyżby?- rzucił ze zmrużonymi oczami. Pokiwałem twierdząco ze spokojem.
Był już mój.
~~~~~~~~~~~~~~~
Plan był prosty. Zyskać zaufanie, spotkać się kilka razy, a potem podejść cel i szybko zlikwidować. Ale Zack nie przewidział, że nasz "Alex" tak szybko zabierze się za moje spodnie.
Alexander zdecydował, że pojedziemy do niego. Miałem okazję przejechać się nawet jego czerwonym Astonem Martinem, ale mojego cudeńka i tak nic nie przebije.
Weszliśmy do holu hotelu, w którym mieszkał. Nie wiedziałem, że dzikie z zwierzęta mają tutaj wstęp...
Obaj skierowaliśmy się w stronę schodów, omijając windy, on zapewne niechcąc skończyć tego tak szybko, a ja utknąć w metalowej klatce z kimś jego pokroju.
Zupełnie nie zmęczyły nas trzy rzędy schodów. Hazard otworzył zwinnie drzwi i przepuścił mnie w progu. Wolałem nie nazywać go teraz po imieniu, skoro za jakąś godzinę miał już nie żyć. Byłem chyba zbyt ludzki do tej pracy, ale to nie zależało ode mnie. W końcu jestem prawnukiem pierwszego Łowcy, nie mogę od tak złamać tradycji!
Zatrzasnął za sobą drzwi i zrzucił swój płaszcz. Zrobiłem to samo ze swoją kurtką, aa on przylgnął do mnie całym ciałem. Poczułem zimny metal, wciskający się w mój brzuch, więc pchnąłem go w stronę wielkiego łóżka, oddając każdy pocałunek.
Kiedy już leżał płasko pode mną, szarpnąłem jego włosy, tak że odchylił głowę w tył, jęcząc głośno. Wtedy drugą ręką sięgnąłem pod T-shirt i wyjąłem zza spodni Colta. Nachyliłem się nad nim, nie puszczając włosów, znacząc bladą szyję mokrymi śladami. Wepchnąłem pistolet za poduszkę, dostrzegając, że zamknął oczy.
Zacząłem rozpinać jego koszulę, puszczając włosy i siadając na kroczu bruneta. Poruszyłem kilka razy biodrami, aż zrobił się twardy.
-Pewnie nie możesz się doczekać mojego kutasa...- szepnąłem mu do ucha, uśmiechając się szelmowsko.
-C-co?- jęknął zdziwiony, nie tego się spodziewałem.
-Coś nie tak?- spojrzałem na jego twarz.
-Nie będę na dole.- pokręcił głową.
-Będziesz.- parsknąłem.
-Nie.
-Tak.
-Nie!- warknął.
-A chcesz się przekonać?- przygwoździłem jego ramiona do materaca i rozsunąłem stopą nogi. Nie pamiętam, żebym zdejmował buty... Wślizgnąłem się między jego uda i przycisnąłem do niego swojego kutasa.- Nie mów, że go nie chcesz.- rzuciłem lekko, wpatrując się w szmaragdowe tęczówki.
Przełknął ciężko ślinę i spojrzał w dół. Oh, nasz wielki, zły wilk jest niepewny!
-Alex?- rzuciłem lekko, trącając nosem jego żuchwę.
-W porządku.- westchnął prawie niedosłyszalnie.
-Zrozumiem, jeśli nie...- zacząłem się podnosić.
-Nie, nie!- oplótł mnie swoimi długimi nogami w biodrach.
-"Nie" w sensie, że mam sobie iść, czy zostać i cię pieprzyć?- zapytałem, a on jęknął potrzebująco. Uśmiechnąłem się, nie potrzebując jego słownej zgody, ta mi wystarczała.
Dobrałem się do jego rozporka i szybko z nim uporałem, zdzierając ciemne jeansy z tych cholernie długich nóg. Miałem wrażenie, że je ogolił, ale nie zaprzątałem sobie tym głowy.
Alexander zdecydował się pozbawić mnie koszulki, psując moje starannie ułożone włosy. Kiedy podparł się na łokciach, by odpiąć zamek moich spodni, pchnąłem go do tyłu i pocałowałem mocno. Sam zsunąłem te glupiociasne jeansy. Przerwałem pocałunek, po czym puściłem mu oczko.
-Twój tyłek tego nie przetrwa, Haz.
wtorek, 10 lutego 2015
Rozdział 6
-Cześć, Zee! Już myślałem, że kundle cię zjadły...- rzuciłem na powitanie wesoło.
-Jeśli już przy tym jesteśmy, to pragnę cię tylko poinformować, że jeżeli mam ci pomóc z Alexem, to chcę to zrobić jak najszybciej.- oznajmił.
-Nie zdrabniaj imienia naszego celu!- jęknąłem.- To jak z kurczakiem, którego hodujesz, by zjeść...
-Spotkałem go wczoraj, pytał o ciebie.- westchnął ciężko Zack.
-Co?!- prawie spadłem z kanapy, na której siedziałem.
-Dziś wyjdziemy razem na miasto, by go znaleźć. Podobasz mu się, więc zaprosisz gdzieś i zyskasz zaufanie, a potem... Zrobimy, co trzeba.- wyjaśnił szybko, nie dając mi dojść do słowa.
-Chyba sobie żartujesz.- powiedziałem po chwili.
-Masz lepszy plan?
-Każdy plan jest lepszy, możemy na przykład...
-Będę u ciebie za godzinę. Naciągnij na tyłek jakieś absurdalnie ciasne spodnie i ogol się. Powinien na to polecieć.- przerwał mi, wydając polecenia, po czym się rozłączył.
Wstałem z wygodnych poduszek i ruszyłem do sypialni, mamrocząc pod nosem o tym jak głupi jest Zack.
Kazał mi "ogolić się". Miał na myśli twarz, czy... Ale cholera! Mam iść z tym Alexem tylko na randkę, a one nie zawsze kończą się głębszym poznaniem osoby, którą się zaprosiło. Poza tym między nami nie mogłoby do niczego dojść- dosłownie. Jeden z nas nie wyszedłby z tego żywy, a ja nie chcę ryzykować. Ryzyko jest jego domeną. Alexander "Hazard" Collins... Pff. Jak na razie to nie wykazał się za bardzo, by zasłużyć na taki pseudonim.
Nim się obejrzałem, było wpół do szesnastej, a ja dopiero wyszedłem spod prysznica. Co prawda, moja twarz była już gładka, zresztą nie tylko ona. Jednak tak na wszelki wypadek. Pozostało mi teraz ułożyć włosy i wcisnąć się w moje najwęższe jeansy. Przejrzałem się w lustrze i wszystko było jak powinno. Stanąłem tyłem, oceniając czy materiał spodni wystarczająco opina moje pośladki. Szczerze mówiąc, sam bym siebie zerżnął, gdyby to było możliwe.
Zanim Zack pojawił się w moim mieszkaniu, zdążyłem trzy razy umyć zęby i zmienić dwa razy T-shirt.
-Widzę, że chociaż raz się postarałeś. Gdybym nie był tak bardzo hetero, może bym się skusił.- stwierdził mój przyjaciel, wchodząc do środka bezszelestnie.
-Zamknij się lepiej i powiedz, jak mój tyłek.
-Wielki jak zawsze.- zaśmiał się głośno, poprawiając przed lustrem swoją postawioną na lakier grzywkę.
-Świetnie.- mruknąłem. Moje włosy były w artystycznym nieładzie, krzycząc: "Pieprz mnie tu i teraz!". Może mógłbym załatwić Hazarda dziś? Szybko podszedłem do szafy, otwierając ją szeroko i sięgając do skrytki po mojego ulubionego Colta na srebrne kule, które wcześniej moczyły się w środku usypiającym z różnych ziół.
-Po co ci to?- zapytał Zack, gapiąc się na mnie szeroko otwartymi oczami, jakby wmurowany w podłogę.
-Mam go sprzątnąć, nie zrobię tego gołymi rękami.- rzuciłem, po czym skierowałem się do wyjścia.
poniedziałek, 9 lutego 2015
Rozdział 5
-Tyle razy ci mówiłem, żebyś wstawił wygodne łóżko do pokoju gościnnego.- burknąłem, chwytając małą poduszkę.
-Tylko ty uważasz, że jest niewygodne.- prychnął.
-Tylko ja na nim spałem.- zdzieliłem go poduszką po głowie.
-Tomson, zaraz możesz spać na kanapie!- rzucił się na mnie, przyciskając do materaca.
-Jestem gościem, idioto!- oburzyłem się, kiedy usiadł mi na plecach.- Złaź...
-Zamierzam spać tutaj, zabrałeś całe łóżko. Moje łóżko.- rozłożył się na mnie, wgniatając moje ciało w pościel, przez co ledwo mogłem oddychać.
-Zack, do kurwyy.- wymamrotałem niezrozumiale.
-Słucham cię?- wymruczał zadowolony z siebie.
-Jeśli zaraz ze mnie nie zejdziesz, to obiecuję, że cię zgwałcę. Dawno nikogo nie pieprzyłem, więc nie mam zamiaru się hamować.- rzuciłem z uśmiechem. Zack spadł ze mnie z krzykiem.
-To by zachwiało naszą przyjaźń.- stwierdził, obchodząc łóżko i kładąc się jak najdalej ode mnie.
-Nie jesteś w moim typie.- zaśmiałem się, układając wygodnie.
-Alexander jest, prawda?- podsunął cicho, nakrywając się swoją kołdrą.
-Musisz mnie nim męczyć nawet w środku nocy?- jęknąłem.
-W zasadzie to zaraz wzejdzie słońce.- mruknął niewyraźnie.
-Nieważne.- prychnąłem.- Pozbędziemy się go tak czy owak.
-Jak chcesz.- westchnął i ucichł. Po chwili słyszałem już jego chrapanie, nie zajęło mu długo, by zasnąć.
Ja natomiast nie mogłem teraz zmrużyć oka. Nasz nowy Cel zagnieździł się głęboko w moim umyśle i planował tam pozostać na dłużej.
-Cholerne wilkołaki.- warknąłem sam do siebie.
***************
Postanowiłem wyrwać się z hotelu do miasta i rozprostować nogi. Zaniosły mnie one dość szybko do pobliskiego parku, który teraz tonął w śniegu. Mnóstwo ludzi mijało mnie, rozmawiając przez telefon lub wpatrując się w kolorowe wyświetlacze.
Westchnąłem ciężko i usiadłem na ławce, która była pokryta najmniejszą warstwą białego puchu się. Rozejrzałem się wokół i dostrzegłem tych dwóch gości z wczoraj. Znowu się o coś kłócili, wymachując rękami i przystając co trochę. Zaśmiałem się cicho, a dziewczyna, która przechodziła akurat obok, prychnęła oburzona, zapewne myśląc, że jest powodem mojego rozbawienia. Pokręciłem głową, niedowierzając w to jak niektórzy potrafią być przewrażliwieni na swoim punkcie.
Postanowiłem całkiem przypadkowo na nich wpaść. Wstałem z ławki i ruszyłem w tamtą stronę, wpatrując się w swoje buty. Nie będę kłamał, coś ciągnęło mnie w ich stronę. Może była to zwykła ciekawość, może cokolwiek innego. Nie zamierzałem się nad tym zastanawiać.
Uśmiech rozkwitł na mojej twarzy, gdy wreszcie uderzyłem czyjeś ramię.
-Oops, przepraszam za to!- rzuciłem, przybierając zdziwioną minę. Okazało się, że wpadłem na Williama. Spojrzałem z góry w jego błękitne tęczówki i wstrzymałem oddech. Zmieszany spuścił wzrok na ziemię, a ja uśmiechnąłem się szeroko.
-Will miał rację, że znowu się spotkamy.- rzucił pogodnie Zack.
-Siła wyższa.- zaśmiałem się, na co wspomniany William pobladł odrobinę.- W porządku?- zapytałem poważnie.
-Tak, po prostu przypomniałem sobie, że jesteśmy spóźnieni.- rzucił szybko, chwytając kumpla za rękaw skórzanej kurki. Zastanowiło mnie czy Zack w niej nie marznie. Zanim się obejrzałem, ich już nie było. Wzryszyłem ramionami i poszedłem dalej, myśląc o błękicie oczu niższego. Teraz byłem pewien, że spotkamy się ponownie, tym razem nie "przypadkiem".
sobota, 7 lutego 2015
Rozdział 4
-Zack, czy ty nigdy się nie nauczysz?- westchnąłem ciężko, rozkładając się wygodniej w fotelu.
-Ale może to wcale nie o niego chodzi...- spróbował w ten sposób.
-Nie mów, że nie poczułeś chęci, by wbić zęby w jego szyję, gdy tylko wasze dłonie się spotkały.- prychnąłem.
-No tak, ale...
-Dlatego właśnie nie podałem mu ręki. I tak ledwo wytrzymywałem , stojąc tak blisko.- rzuciłem, przerywając mu.
-Zawsze dostajesz Zrodzonych.
-Jestem najlepszy, ich krew mi się należy.- zaśmiałem się.
-To dlaczego, w takim razie, w większości przypadków nie korzystasz z możliwości wypicia jej?- zapytał, mrużąc oczy.
-Żeby się nie uzależnić i nie zwariować.- wzruszyłem ramionami.
Wiem, że nie powinienem wyciągać błędów ojca Zacka. Jednak pytania mojego przyjaciela stawały się coraz bardziej męczące. Alexander, czy tego chcemy, czy nie, musi zostać zabity. Taki jest cel naszej egzystencji. Zyskujemy nieśmiertelność w zamian za ich życie.
Mój przyjaciel nie odezwał się, aż dojechaliśmy do jego domu.
-Zostaniesz na noc?- zapytał cicho. Pokiwałem twierdząco głową i zaparkowałem samochód w dużym garażu.
***************
Wynająłem pokój w hotelu, zanim znajdę coś na stałe. Jeżeli w ogóle znajdę coś stałe. Nie byłem pewien czy chcę tu zamieszkać. Coś dziwnego ciągnęło mnie na zewnątrz, a instynkt kazał zwiewać z powrotem do Wielkiej Brytanii.
Nie rozpakowywałem na razie mojej walizki, po prostu rzuciłem się na wielkie łóżko stojące na środku pokoju. Poczułem się nagle otępiały i słaby, zasypiając po kilku minutach.
Wielkie błękitne tęczówki wpatrywały się we mnie. Wyłaniały się z ciemności, były jedynym, na czym mogłem się skupić. Gdy zakryły je powieki, dostrzegłem, że znajduję się w lesie. Powieki uniosły się i ponownie mogłem rozkoszować się blaskiem modrych oczu, które zbliżały się do mnie. "Uciekaj , Alex!", ciszę przeszył wrzask mojej matki. "Mamo...", szepnąłem cicho, mimowolnie zrywając się z miejsca i biegnąc szybko. Chciałem krzyczeć, zawołać matkę i nie pozwolić jej odejść. Jednak nie wydobył się ze mnie głos. Poruszałem ustami bezgłośnie. Przeskoczyłem nad powalonym pniem drzewa i poślizgnąłem się na mokrym śniegu, lądując na twarzy. Tym razem, gdy pragnąłem przerwać ciszę wokół, uleciało że mnie żałosne wycie. Byłem wilkiem, a moje łapy pokrywała krew. Zaskowytałem ze zdenerwowania. Usłyszałem za sobą kroki. "Pozwól, że zakończę twój bezwartościowy żywot", było ostatnim , co usłyszałem.
Leżałem na drewnianej podłodze, oddychając głośno i niemiarowo, krztusząc się powietrzem. Byłem mokry od potu i trzęsłem się w dreszczach. Poczułem ból w klatce piersiowej i zaciskające się gardło, gdy przywołałem szczegóły ze snu. Skrzywiłem się, wstając i poszedłem do łazienki pod prysznic. Teraz nawet mój umysł był przeciwko mnie.
piątek, 6 lutego 2015
Rozdział 3
Kiedy mieliśmy już stawać w kolejce faceta z dziwnym przyrządem w rękach, Zack szarpnął mocno moje ramię.
-Czego, Zee?- burknąłem, patrząc na niego. Miał szeroko otwarte oczy i zerkał co chwilę za mnie.
-Na szóstej.- szepnął, odwracając moją głowę siłą.
-O co ci, do cholery, chodzi?- jęknąłem, wracając do niego wzrokiem.
-To on, jestem pewien!- syknął mi na ucho. Spojrzałem tam gdzie on i zamarłem.
-Cholera, chyba masz rację.- rzuciłem cicho i pociągnąłem go za ramię w stronę mężczyzny. Oburzeni ludzie kierowali co chwilę w naszą stronę jakieś wyzwiska, bo ja albo Zack zachaczaliśmy o nich bagażem. Mój przyjaciel mamrotał przeprosiny, jeśli naprawdę była to jego wina, ale ja nie miałem zamiaru. Teraz najważniejszy był nasz cel. Wiedziałam, że to musi być on. Łowcy mają pewien, jakby to powiedzieć... dar. Jeśli raz zobaczymy istotę nadprzyrodzoną, nawet na fotografii, przy następnym spotkaniu czujemy swego rodzaju dreszcze.
Poczułem zimno wzdłuż mojego kręgosłupa, gdy zawahałem się, co do tożsamości bruneta. To właśnie potwierdziło, że się nie mylę.
-Nie możemy tak po prostu podejść, Zack.- olśniło mnie nagle. Zatrzymałem się raptownie, a mój towarzysz z gracją wpadł na moje plecy.
-Idźmy za nim.- rzucił pewnie i wyminął mnie.
Cel szedł wolnym, lecz płynnym krokiem. Miał roztrzepane, ciemne, zakręcone na końcach włosy. Zjechałem wzrokiem niżej, przez czarny płaszcz, do długich palców obejmujących rączkę granatowej walizki. Jego nogi miały chyba z dwa metry długości, mogę się założyć, że przewyższa mnie o głowę. Przy podłodze poruszały się rytmicznie buty z czarnej skóry, które wyglądały na kurewsko drogie. Większość wilkołaków siedziało w lesie, a nie szwędało się po ekskluzywnych butikach. To wszystko nie pasowało do siebie. Miałem zarżnąć pieprzonego modela?! Trochę szkoda takiego ciała, no wiecie... Wolałbym go zerżnąć, a nie "zarżnąć".
Ale muszę wykonywać rozkazy, takie życie. Nie istnieje nawet szansa, by zbliżyć się do wilkołaka w sposób, którego bym chciał, a potem się go pozbyć. Zack tego próbował i dla obojga źle się to skończyło. Jednak musiałem zabić tą dziewczynę, gdyby ktoś się dowiedział mielibyśmy tutaj piekło.
-Jeśli zaraz nie przyśpieszysz, to nam zawieje.- warknął mój przyjaciel.
-Przecież idzie powoli, o co ci chodzi?- syknąłem.- Poza tym i tak nie mogę wyciągnąć teraz pistoletu, i strzelić mu w łeb, nie?- dodałem.
- Nie takie rzeczy robiłeś.- prychnął.
-Nie te lata.- pokręciłem głową z politowaniem.
-Jesteś wiecznym dwudziestotrzylatkiem.- zaśmiał się nisko.- Tak tylko przypominam.
***************
Byłem lekko wkurzony, gdy dowiedziałem się, że moje auto będzie gotowe do jazdy dopiero za godzinę. Westchnąłem i ruszyłem powolnym krokiem z hali odlotów, kierując się na zewnątrz budynku. Zamierzałem zjeść kolację w tym czasie, jednak mój dobry humor minął, bo szli za mną jacyś dwaj idioci, kłócąc się o coś szeptem. Cisza była dla mnie świętością.
Zatrzymałem się w pół kroku, a oni wpadli na mój bagaż, przeklinając pod nosem.
-Oh, przepraszam panowie.- uśmiechnąłem się szeroko, odwracając w ich stronę.
-Nie, to nasza wina, powinniśmy bardziej uważać.- powiedział czarnowłosy, szturchając łokciem szatyna.
-Skoro tak uważasz, to cofam te przeprosiny.- wzryszyłem ramionami z jednostronnym uśmiechem. Obaj popatrzyli na mnie z przerażeniem, a po chwili zaczęli się śmiać, jakby byli jacyś opóźnieni czy coś.
-Jesteś zabawny.- rzucił niższy z nich. Uśmiechnąłem się szerzej, po czym spoważniałem natychmiastowo.
-Znamy się czy... cokolwiek?- miałem wrażenie, że skądś ich kojarzę, ale nie miałem pojęcia skąd.
-Nie, raczej nie.- odparł szybko brunet.- Jestem Zack.- wyciągnął rękę w moją stronę. Zawahałem się na moment, ale uścisnąłem jego dłoń.
-Alexander.- rzuciłem.- Miło mi poznać.- dodałem, na co puścił moją dłoń, a uśmiech spełzł z jego twarzy.
-William.- powiedział drugi, ale nie ruszył się z miejsca. Obaj stali teraz jak na pogrzebie ukochanego psa babci i poczułem, że teraz należy się pożegnać.
-Jeśli pozwolicie, muszę już iść.- westchnąłem.
-Tak, my też.- pokiwał zgodnie Zack.- Miłego wieczoru.- posłał mi lekki uśmiech.
-Wzajemnie.- odwzajemniłem uśmiech, odwracając się w stronę wyjścia.- Może kiedyś się jeszcze spotkamy.- rzuciłem, śmiejąc się.
-Na pewno.- usłyszałem głos Williama, zanim automatyczne drzwi się za mną zamknęły.
Nie mam pojęcia skąd w ludziach ta pewność.
czwartek, 5 lutego 2015
Rozdział 2
Lodowaty wiatr owiewał moje ciało i powodował dreszcze. Kto by pomyślał, że na wyspach brytyjskich może być tak zimno. Miałem wrażenie, że łapy przymarzły mi do śniegu. Zapachy mieszały się ze sobą. Ale żaden z nich nie był znajomy. To przypominało mi o tym co utraciłem.
Powinienem zginąć razem z nimi. Właśnie w tym celu wróciłem. Jednak nadal nie byłem pewien tej decyzji. Może po śmierci nic nie ma? Wciąż będę sam, tylko bez możliwości robienia co mi się podoba? Na pewno trafiłbym do piekła, jeśli ono by istniało. Nie mam zamiaru być niewolnikiem Lucyfera albo innego jebniętego diabła. Wolność jest ważna. Zdecydowanie.
Moje serce, aż rwie się do Stanów Zjednoczonych. Sam nie mam pojęcia czemu. Sierść pod moją szyją pokrywa się zamarzniętymi drobinkami i to nie jest przyjemne uczucie. Zanim mogę się nad tym dłużej zastanowić, biegnę już w stronę miasta.
Znajduję moją czerwoną piękność zaparkowaną pośród drzew, na leśnej drodze. Jest cała i zdrowa. Zmieniam postać, idąc w jej stronę. Wyjmuję kluczyki spomiędzy zaciśniętych zębów, tylko tam mogę je schować. Uśmiecham się lekko i otwieram pośpiesznie tylne drzwi, wskakując do środka i zakładając ubrania. Są trochę pomięte, ale i tak nikt nie zwróci na to uwagi.
***************
-Jak to masz jechać do Wielkiej Brytanii?- Zack robi wielkie oczy, kiedy ja pochłaniam kolejnego tosta.
-Lecieć, Zack, lecieć.
-Ale jak to?- miał trraz bardzo zabawną minę.
-No samolotem, wiesz...
-Pytam poważnie.- jego spojrzenie paliło żywym ogniem, gdy nachylił się nad stołem.
-Mają kogoś do zgarnięcia. Wysoki, brązowe włosy, zielone oczy, czarny płaszcz i skórzane buty.- wzruszyłem ramionami obojętnie.
-To kowboj?
-Usłyszałeś tylko "skórzane buty"?- wywróciłem oczami.
-Nieważne. Kiedy masz lot?- gapił się na mnie oczekująco, uniemożliwiając mi jedzenie w spokoju.
-Za kilka godzin.- rzuciłem, gryząc następnego tosta.- Za dużo keczupu, Zack.- dodałem, przeżuwając kęs.
-Zamiast się czepiać, powinieneś się pakować.- burknął, wstając i zabierając mojego ostatniego tosta z talerza.
-Ejj!- jęknąłem po przełknięciu ostatniego kawałka.
-Lecę z tobą.- stwierdził, szukając plecaka w szafie w przedpokoju.
-Twoja drewniana chatka będzie za tobą tęsknić, Zee.- rzuciłem, wycierając ręce o koszulkę leżącą w przejściu. Moje dłonie są teraz chyba jeszcze bardziej brudne.- Posprzątałbyś tutaj.
-Kto to mówi.- prychnął, wychylając się z szafy z czarnym plecakiem.
-Nigdzie nie jedziesz, za bardzo się wyróżniasz.- spojrzał na mnie pytająco.- Te czarne, lśniące włosy, opalone ciało, hipnotyzujące, złote oczy.- westchnąłem teatralnie.
-Po prostu zazdrościsz. A tak poza tym, to nie są złote tylko czekoladowe.- mruknął, idąc do sypialni.
-Jeśli to sprawia, że śpi ci się lepiej, to możemy udawać, że masz rację.- rzuciłem, podążając za nim.
-Lepiej idź, odpalać tego grata.- zaśmiał się nisko.
-Nie jest żadnym gratem, psychicznie chory morderco.- syknąłem, sztyletując jego plecy wzrokiem.
-Ten samochód jest starszy ode mnie.- prychnął, pakując do plecaka ostatnie rzeczy.
-I tak wygląda lepiej.- rzuciłem, gdy zniknął w łazience.
Zignorował mnie i ruszył do przedpokoju, wkładając skórzaną kurtkę i buty. Zrobiłem to samo, a on cierpliwie czekał przy drzwiach.
-Za mną.- uśmiechnąłem się szeroko, po czym wcisnąłem mu zdjęcia z monitoringu, które dostarczyli przełożeni.
-To on?- zapytał Zack, gdy wsiedliśmy do mojego Camaro.
-Mhm.- potwierdziłem, wyjeżdżając na szosę.
-Wydaje mi się, że będzie ciężko.- westchnął.
-Dlaczego?- zapytałem, ściągając brwi.
-Przeczucie.
-Nie lubię twoich przeczuć.- pokręciłem głową nerwowo.
-Uwierz mi, ja też.
Rozdział 1
Podniosła muzyka, wszyscy na baczność. Idę korytarzem utworzonym przez tłum. Każdy po cichu szepcze moje nazwisko. Ten, który załatwił ostatniego Zrodzonego. Najstarsi Łowcy ściskają moją dłoń, a zebrani wokół niżsi rangą klasczą z zachwytem. Rozbrzmiewa dzwonek telefonu, chwila, że co? Kto, do cholery, zakłóca tak ważny moment?! Dalej dzwoni. No wyłącz ten pieprzony telefon, idioto...
Jęczę głośno, uświadamiając sobie, że to znowu był sen.
Chwytam swój telefon i naciskam po omacku odpowiedni klawisz. Słyszę sapanie w słuchawce i odciągam na chwilę komórkę od ucha. Na wyświetlaczu znajduje się zdjęcie mojego przyjaciela, a ja wzdycham z niedowierzaniem.
-Dlaczego dzwonisz do mnie, Zack, gdy jesteś w trakcie tego... tego w trakcie czego teraz jesteś?- rzuciłem, zakrywając oczy przedramieniem i krzywiąc się.
-O czym ty pieprzysz, Will?- prychnął, nadal głośno oddychając.
-Raczej kogo ty pieprzysz.- jęknąłem z obrzydzeniem.
-Aa, o to ci chodzi...- powiedział rozbawiony.- Mam trupa.- wyjaśnił. Zerknąłem na zegar ścienny.
-I dlatego dzwonisz do mnie o 4 nad ranem?- warknąłem.
-Mówiłeś, że mam cię informować, nie?- odezwał się z wyrzutem.
-Przed tym jak kogoś załatwisz...- westchnąłem.
-Jakoś nie było na to czasu, dlatego dzwonię teraz.- mogę się założyć, że właśnie wzruszył ramionami, szczerząc się jak głupek.
-Po co, Zack?- jęknąłem. Czy ja naprawdę zadaję się z takim idiotą?
-Mam go zakopać? Jest sztywny.- rzucił.
-Sztywny?
-Tak, sztywny. Jak kutas we wzwodzie, Will. Co z nim zrobić?- zapytał.
-Uh, cokolwiek, tylko nie zdradzaj mi szczegółów swojego życia łóżkowego.- burknąłem, rozłączając się.
Dobrze wiedziałem, że teraz już na pewno nie zasnę. Zwlokłem się nieszczęśliwy z łóżka i poszedłem do kuchni, by zrobić sobie kawę. Szybko skorzystałem z łazienki i ubrałem się należycie.
Opróżniłem kubek kilkoma łykami i wybrałem numer do Zacka. Odebrał po dwóch sygnałach.
-Zakopałeś go?
-Jest teraz metr pod ziemią, szefie.- oznajmił. Ściągnąłem brwi w zdziwieniu.
-Po pierwsze to dlaczego tylko metr pod ziemią, a po drugie to mówiłem, żebyś nie nazywał mnie szefem, brzmi to jakby zabijanie tych potworów było moją pracą zawodową.- syknąłem .
-Dlaczego, dlaczego...- przedrzeźniał mnie, naśladując mój głos i sposób mówienia.- Byłem padnięty, nie chciało mi się kopać. I myślę, że masz świadomość, że nazywanie naszej pracy "powołaniem" nic nie zmieni.- zaśmiał się. To jest powołanie.
-Zamknij się.
-Dzwonisz w jakimś konkretnym celu, czy po prostu nie masz komu narzekać?- zauważył.
-Obudziłeś mnie, więc jesteś mi winny śniadanie.- stwierdziłem z uśmiechem.
-Dobra, bądź u mnie za pół godziny. Już wracam do domu.- westchnął. Kiwnąłem głową, po chwili uświadamiając sobie, że Zack tego nie widział. Założyłem kurtkę i buty.
-Będę.- potwierdziłem, rozłączając się i wychodząc z mieszkania.
Przekręciłem klucz w zamku i zbiegłem po schodach, wychodząc na zewnątrz. Zanim jeszcze wsiadłem do samochodu , mój telefon rozdzwonił się po raz kolejny. Zapowiadał się pracowity dzień.
środa, 4 lutego 2015
Prolog
Ten dzień zaczął się jak każdy inny. Wyszedłem z hotelu około szóstej rano. Zapinając pośpiesznie ostatnie guziki czarnej koszuli, rozejrzałem się dookoła. Ulica była skąpana we mgle po same dachy budynków. Nie dostrzegłem tłumów, które gnały na złamanie karku do pracy albo innego nudnego miejsca, co bardzo mnie ucieszyło.
Pozostałości wczorajszego śniegu zaległy na chodnikach i chyba nie miały zamiaru ich opuszczać. Zaciągnąłem się chłodnym powietrzem, a ono zakłuło moje gardło przyjemnie.
Głód powoli dawał znać, że zamierza przybyć i to wkrótce. Zakręciło mi się w głowie, jakbym naćpał się jakiegoś gówna. Przełknąłem ciężko ślinę. Nagle puste ulice przestały być takie wspaniałe. Ruszyłem szybkim krokiem przed siebie, przeczesując okolicę wzrokiem. Mój płaszcz stał się w ciągu kilku sekund niewygodny i miałem ochotę go zrzucić. Powstrzymałem się jednak, a zza rogu wyszła niska blondynka.
Kobieta śpieszyła się gdzieś, przebierając nogami dynamicznie. Głowę miała spuszczoną, jakby nie mogła jej dłużej trzymać w górze. Celowo na nią wpadłem, przepraszając wylewnie.
-Ale naprawdę nic się nie stało!- powtórzyła po raz kolejny, uśmiechając się zalotnie. Odwzajemniłem jej uśmiech, sprawiając, że zaczerwieniła się obficie. Spojrzałem w szare tęczówki kobiety, cofając się powoli w wąską uliczkę. Ruszyła za mną, w połowie z własnej woli, w połowie z mojej.
Dzika część mnie nakazywała się na nią rzucić i rozerwać szyję, ale już nie bawiłem się w ten sposób. Przyciągnąłem ją delikatnie za ramiona i przyłożyłem wargi do jasnej skóry na szyi. Zakryłem jej usta dłonią i wbiłem zęby w tętnicę, uzyskując dostęp do upragnionej krwi. Przymknąłem oczy i wypiłem, ile mi było potrzebne. Czyli prawie wszystko, co ofiarowała mi ta dziewczyna. Powinno starczyć na jakiś czas.
Rzuciłem bezwładne ciało na chodnik i ruszyłem dalej. Ryzykowne, ale to przecież moja specjalność.


