Strony

piątek, 6 lutego 2015

Rozdział 3

Hala odlotów JFK była dziś wyjątkowo cicha, a tłumy ludzi nie tak liczne jak zazwyczaj. Zack nawijał o czymś bez sensu, gniotąc między dwoma palcami paski swojego plecaka. Ja niosłem swoją skórzaną torbę podróżną na ramieniu, a w niej ciążył mi mój odrobinę przerobiony Grand Power. Serce biło mi mocniej z każdym metrem, który przybliżał nas do spotkania z wykrywaczem metalu. Niby nic nie powinno zacząć piszczeć, ale to zawsze był stres. Sam pozmieniałem kilka rzeczy, by mój nielegalny bagaż był nie do wykrycia, mieliśmy swoich ludzi w tym miejscu, ale to nadal sprawiało, że puls mi przyśpieszał.
Kiedy mieliśmy już stawać w kolejce faceta z dziwnym przyrządem w rękach, Zack szarpnął mocno moje ramię.
-Czego, Zee?- burknąłem, patrząc na niego. Miał szeroko otwarte oczy i zerkał co chwilę za mnie.
-Na szóstej.- szepnął, odwracając moją głowę siłą.
-O co ci, do cholery, chodzi?- jęknąłem, wracając do niego wzrokiem.
-To on, jestem pewien!- syknął mi na ucho. Spojrzałem tam gdzie on i zamarłem.
-Cholera, chyba masz rację.- rzuciłem cicho i pociągnąłem go za ramię w stronę mężczyzny. Oburzeni ludzie kierowali co chwilę w naszą stronę jakieś wyzwiska, bo ja albo Zack zachaczaliśmy o nich bagażem. Mój przyjaciel mamrotał przeprosiny, jeśli naprawdę była to jego wina, ale ja nie miałem zamiaru. Teraz najważniejszy był nasz cel. Wiedziałam, że to musi być on. Łowcy mają pewien, jakby to powiedzieć... dar. Jeśli raz zobaczymy istotę nadprzyrodzoną, nawet na fotografii, przy następnym spotkaniu czujemy swego rodzaju dreszcze.
Poczułem zimno wzdłuż mojego kręgosłupa, gdy zawahałem się, co do tożsamości bruneta. To właśnie potwierdziło, że się nie mylę.
-Nie możemy tak po prostu podejść, Zack.- olśniło mnie nagle. Zatrzymałem się raptownie, a mój towarzysz z gracją wpadł na moje plecy.
-Idźmy za nim.- rzucił pewnie i wyminął mnie.
Cel szedł wolnym, lecz płynnym krokiem. Miał roztrzepane, ciemne, zakręcone na końcach włosy. Zjechałem wzrokiem niżej, przez czarny płaszcz, do długich palców obejmujących rączkę granatowej walizki. Jego nogi miały chyba z dwa metry długości, mogę się założyć, że przewyższa mnie o głowę. Przy podłodze poruszały się rytmicznie buty z czarnej skóry, które wyglądały na kurewsko drogie. Większość wilkołaków siedziało w lesie, a nie szwędało się po ekskluzywnych butikach. To wszystko nie pasowało do siebie. Miałem zarżnąć pieprzonego modela?! Trochę szkoda takiego ciała, no wiecie... Wolałbym go zerżnąć, a nie "zarżnąć".
Ale muszę wykonywać rozkazy, takie życie. Nie istnieje nawet szansa, by zbliżyć się do wilkołaka w sposób, którego bym chciał, a potem się go pozbyć. Zack tego próbował i dla obojga źle się to skończyło. Jednak musiałem zabić tą dziewczynę, gdyby ktoś się dowiedział mielibyśmy tutaj piekło.
-Jeśli zaraz nie przyśpieszysz, to nam zawieje.- warknął mój przyjaciel.
-Przecież idzie powoli, o co ci chodzi?- syknąłem.- Poza tym i tak nie mogę wyciągnąć teraz pistoletu, i strzelić mu w łeb, nie?- dodałem.
- Nie takie rzeczy robiłeś.- prychnął.
-Nie te lata.- pokręciłem głową z politowaniem.
-Jesteś wiecznym dwudziestotrzylatkiem.- zaśmiał się nisko.- Tak tylko przypominam.

***************

Byłem lekko wkurzony, gdy dowiedziałem się, że moje auto będzie gotowe do jazdy dopiero za godzinę. Westchnąłem i ruszyłem powolnym krokiem z hali odlotów, kierując się na zewnątrz budynku. Zamierzałem zjeść kolację w tym czasie, jednak mój dobry humor minął, bo szli za mną jacyś dwaj idioci, kłócąc się o coś szeptem. Cisza była dla mnie świętością.
Zatrzymałem się w pół kroku, a oni wpadli na mój bagaż, przeklinając pod nosem.
-Oh, przepraszam panowie.- uśmiechnąłem się szeroko, odwracając w ich stronę.
-Nie, to nasza wina, powinniśmy bardziej uważać.- powiedział czarnowłosy, szturchając łokciem szatyna.
-Skoro tak uważasz, to cofam te przeprosiny.- wzryszyłem ramionami z jednostronnym uśmiechem. Obaj popatrzyli na mnie z przerażeniem, a po chwili zaczęli się śmiać, jakby byli jacyś opóźnieni czy coś.
-Jesteś zabawny.- rzucił niższy z nich. Uśmiechnąłem się szerzej, po czym spoważniałem natychmiastowo.
-Znamy się czy... cokolwiek?- miałem wrażenie, że skądś ich kojarzę, ale nie miałem pojęcia skąd.
-Nie, raczej nie.- odparł szybko brunet.- Jestem Zack.- wyciągnął rękę w moją stronę. Zawahałem się na moment, ale uścisnąłem jego dłoń.
-Alexander.- rzuciłem.- Miło mi poznać.- dodałem, na co puścił moją dłoń, a uśmiech spełzł z jego twarzy.
-William.- powiedział drugi, ale nie ruszył się z miejsca. Obaj stali teraz jak na pogrzebie ukochanego psa babci i poczułem, że teraz należy się pożegnać.
-Jeśli pozwolicie, muszę już iść.- westchnąłem.
-Tak, my też.- pokiwał zgodnie Zack.- Miłego wieczoru.- posłał mi lekki uśmiech.
-Wzajemnie.- odwzajemniłem uśmiech, odwracając się w stronę wyjścia.- Może kiedyś się jeszcze spotkamy.- rzuciłem, śmiejąc się.
-Na pewno.- usłyszałem głos Williama, zanim automatyczne drzwi się za mną zamknęły.
Nie mam pojęcia skąd w ludziach ta pewność.

2 komentarze: