sobota, 7 lutego 2015

Rozdział 4

-Cholera, jest taki ludzki, wygląda nawet na miłego! Musisz go zabijać, Will?- zaczął Zack, gdy tylko wsiedliśmy do mojego auta. Przynajmniej nie musimy lecieć za ocean.
-Zack, czy ty nigdy się nie nauczysz?- westchnąłem ciężko, rozkładając się wygodniej w fotelu.
-Ale może to wcale nie o niego chodzi...- spróbował w ten sposób.
-Nie mów, że nie poczułeś chęci, by wbić zęby w jego szyję, gdy tylko wasze dłonie się spotkały.- prychnąłem.
-No tak, ale...
-Dlatego właśnie nie podałem mu ręki. I tak ledwo wytrzymywałem , stojąc tak blisko.- rzuciłem, przerywając mu.
-Zawsze dostajesz Zrodzonych.
-Jestem najlepszy, ich krew mi się należy.- zaśmiałem się.
-To dlaczego, w takim razie, w większości przypadków nie korzystasz z możliwości wypicia jej?- zapytał, mrużąc oczy.
-Żeby się nie uzależnić i nie zwariować.- wzruszyłem ramionami.
Wiem, że nie powinienem wyciągać błędów ojca Zacka. Jednak pytania mojego przyjaciela stawały się coraz bardziej męczące. Alexander, czy tego chcemy, czy nie, musi zostać zabity. Taki jest cel naszej egzystencji. Zyskujemy nieśmiertelność w zamian za ich życie.
Mój przyjaciel nie odezwał się, aż dojechaliśmy do jego domu.
-Zostaniesz na noc?- zapytał cicho. Pokiwałem twierdząco głową i zaparkowałem samochód w dużym garażu.

***************

Wynająłem pokój w hotelu, zanim znajdę coś na stałe. Jeżeli w ogóle znajdę coś stałe. Nie byłem pewien czy chcę tu zamieszkać. Coś dziwnego ciągnęło mnie na zewnątrz, a instynkt kazał zwiewać z powrotem do Wielkiej Brytanii.
Nie rozpakowywałem na razie mojej walizki, po prostu rzuciłem się na wielkie łóżko stojące na środku pokoju. Poczułem się nagle otępiały i słaby, zasypiając po kilku minutach.
Wielkie błękitne tęczówki wpatrywały się we mnie. Wyłaniały się z ciemności, były jedynym, na czym mogłem się skupić. Gdy zakryły je powieki, dostrzegłem, że znajduję się w lesie. Powieki uniosły się i ponownie mogłem rozkoszować się blaskiem modrych oczu, które zbliżały się do mnie. "Uciekaj , Alex!", ciszę przeszył wrzask mojej matki. "Mamo...", szepnąłem cicho, mimowolnie zrywając się z miejsca i biegnąc szybko. Chciałem krzyczeć, zawołać matkę i nie pozwolić jej odejść. Jednak nie wydobył się ze mnie głos. Poruszałem ustami bezgłośnie. Przeskoczyłem nad powalonym pniem drzewa i poślizgnąłem się na mokrym śniegu, lądując na twarzy. Tym razem, gdy pragnąłem przerwać ciszę wokół, uleciało że mnie żałosne wycie. Byłem wilkiem, a moje łapy pokrywała krew. Zaskowytałem ze zdenerwowania. Usłyszałem za sobą kroki. "Pozwól, że zakończę twój bezwartościowy żywot", było ostatnim , co usłyszałem.
Leżałem na drewnianej podłodze, oddychając głośno i niemiarowo, krztusząc się powietrzem. Byłem mokry od potu i trzęsłem się w dreszczach. Poczułem ból w klatce piersiowej i zaciskające się gardło, gdy przywołałem szczegóły ze snu. Skrzywiłem się, wstając i poszedłem do łazienki pod prysznic. Teraz nawet mój umysł był przeciwko mnie.

1 komentarz:

  1. Myślałam że on zostanie i będzie się dziać coś takiego wiesz ^^ Ale wspomnienie z przeszłości,wizja, sen czy co to było, też jest dobre xd (y) Plis ! Dont kil Hazarda ! :D

    OdpowiedzUsuń